Archive for the ‘Archiwa z Trafnych Informacji’ Category

Związek w podziemiu

Saturday, February 19th, 2005

Jedynie Solidarność znajduje nowych członków w hipermarketach

Strach powstrzymuje pracowników wielkich sklepów przed zapisaniem się do związków zawodowych. W wielu sklepach działacze są zakonspirowani

Od dwóch lat Ireneusz Woźniakowski z dolnośląskiej Solidarności doradza pracownikom hipermarketów, jak mogą walczyć o swoje prawa. Jego pierwszy sukces to utworzenie komisji zakładowej we wrocławskim Geancie. Jawnie działa w niej 20 osób.
- Teraz organizują się pracownicy Biedronki, ale oni nie chcą się ujawnić – twierdzi Woźniakowski. – Boją się swoich polskich kierowników, którzy nieraz są bardziej rygorystyczni niż zagraniczni właściciele sieci.
Biedronka w samym Wrocławiu ma 13 sklepów, jednak do związku zapisało się zaledwie 10 z Dolnego Śląska.
- Do Solidarności należy około dwustu naszych pracowników w całym kraju. Zorganizowali się w ubiegłym roku – mówi Anna Mazurek, rzecznik Jeronimo Martins Dystrubucja, właściciela Biedronek.
Ośmieliła ich zapewne wygrana w pierwszej instancji sądowej Bożeny Łopackiej, byłej pracownicy JMD, w sporze o wynagrodzenie za przepracowane nadgodziny.
Wyraźne dysproporcje między zatrudnionymi a związkowcami są też w sieci Tesco. Pracuje tam w całym kraju 18 tys. osób, ale do związku wstąpiło nieco ponad 200. W Wielkiej Brytanii Tesco na 200 tys. zatrudnionych i 80 tys. jest zrzeszonych.
- Wiem, że takie porównanie szokuje – mówi Marta Lau, rzecznik sieci Tesco. – Ale w Polsce związki zawodowe w hipermarketach dopiero raczkują.
Ireneusz Woźniakowski sporo czasu spędza w wielkich sklepach. Zaczepia pracowników i namawia do zapisania się do związku. W wielu niczego nie wskórał.
- Jakiś czas temu dotarła do mnie informacja, że pracownicy chcą zakładać związki. Ale chyba im się nie udało, bo nie słyszałem, by powstały. Być może nie było chętnych? – zastanawia się Jarosław Kaduczak, rzecznik prasowy Kauflandu.
- Boją się stracić pracę – wyjaśnia Woźniakowski.
A jednak są takie sklepy, w których związki powstały. Najprężniejsza organizacja działa w wałbrzyskim hipermarkecie Real – liczy aż 160 członków. W Praktikerze przy ul. Krakowskiej we Wrocławiu na ponad 60 zatrudnionych do związku zapisało się 25.
W Tesco w Bielach Wrocławskich do założenia organizacji szykuje się 20 pracowników. Natomiast z wrocławskiego Carrefoura tylko dwie osoby zapisały się do ogólnopolskiej organizacji związkowej tej sieci. Właśnie Tesco i Carrefour podpisały porozumienia z NSZZ Solidarność o wpieraniu działalności związkowej.
- Stało się to tydzień temu – mówi Marta Lau zTesco. – Nie ma wielu chętnych, ale pojawiło się wiele pytań, jak działają związki.

Autor artykułu: Agata Ałykow

Wróciłem z białego piekła

Saturday, February 19th, 2005

65 lat temu rozpoczęto wywózkę Polaków z Kresów Wschodnich na Syberię

Coraz więcej ludzi planuje wycieczkę na Syberię. Po co? – Bo jest modna, a przyroda jest piękna i surowa – odpowiadają podróżnicy.
– Ja też chciałbym tam pojechać. Doskonale pamiętam urodę tej krainy, a jeszcze lepiej piekło, które tam przeżyłem – mówi Czesław Szczyglewski, który spędził na Syberii sześć lat.

Szczyglewski w czwartek skończył 76 lat. Mimo koszmarnych wojennych przeżyć jest dziś pogodnym starszym panem. – To dzięki cudownej żonie, z którą przeżyłem już pół wieku – zaznacza pan Czesław. A żona podaje ciasteczka i się uśmiecha. – Ja nie byłam na Syberii, nic nie poopowiadam…
W lutym 1940 jedenastoletni Szczyglewski z rodzicami i czworgiem rodzeństwa siedział w pociągu towarowym, który zmierzał z Pińska (teraz Białoruś) do Archangielska.
– Na początku nam, dzieciom, podobała się ta jazda – wspomina. – Mama gotowała na piecyku. Ale po tygodniu mieliśmy już dosyć. Zauważyliśmy, że mama ciągle płacze, a tata jest bardzo smutny. Całe moje 11. urodziny, 17 lutego, też przepłakałem. Zrozumiałem, że skończyło się dzieciństwo i dojeżdżamy do Moskwy.
Kakao na śniadanie
– W domu przed wrześniem 1939 roku obchodziliśmy raczej imieniny niż urodziny – opowiada sybirak. – Mama piekła ciasto, składaliśmy sobie życzenia i wręczaliśmy słodycze.
Mieszkali w sześcioizbowym domu na 36 hektarach w kolonii Żabczyce. Mieli 50 krów i 6 hektarów olszyny, którą sprzedawali fabryce zapałek w pobliskim Pińsku. Dwóch białoruskich służących zajmowało się końmi, mieli też opiekunkę do dzieci. – Tata prowadził gospodarstwo, mama potrafiła wszystko uszyć na maszynie. Rano robiła nam kakao i jajecznicę, czasem nawet z 30 jajek, bo do wszystkich posiłków siadaliśmy do stołu całą rodziną – opowiada Szczyglewski. – Raz w tygodniu piekła chleb na liściach kapusty. Prosto z pieca, posmarowany świeżym masłem, smakował jak nic na świecie. Jedynym zmartwieniem mojego dzieciństwa było robienie tego masła. Trzeba było bez końca machać tłuczkiem w kance.

Podróż przez śniegi

10 lutego 1940 roku o trzeciej w nocy NKWD-owcy zapukali do drzwi Szczyglewskich. Zawieźli ich saniami na stację w Pińsku. Stamtąd jechali trzy tygodnie. Dotarli do Archangielska. Po selekcji zostali przydzieleni do posiołku Czerwona Zorza, oddalonego o kolejne 100 km. Dotarli tam po 8 godzinach jazdy ciężarówką po zamarzniętej rzece Dźwinie. Trzaskał 40-stopniowy mróz. Drogę kolumnie torowały dwa olbrzymie traktory z pługami śnieżnymi.
– Tata miał pracować przy wycinaniu drzewa drzewa, które było wrzucane do jednej rzeki, ta wpływała do następnej i tak do Morza Białego – opowiada Szczyglewski. –Dostawał za to kilka kromek chleba. Puchliśmy z głodu. Całymi nocami leżałem i rozmyślałem, skąd wytrzasnąć coś do jedzenia.
Z młodszymi siostrami rwał brzozowe gałęzie i zanosił gospodyniom z pobliskiej wioski dla kóz. Dostawał za to mleko dla rodziny. Rozplątywał stalowe liny statków i robił z nich gwoździe. Latem dzieci musiały chodzić na bagna zbierać żurawinę, jagody i borówki. Czesio miał za zadanie zaopatrywać w opał barak swój i sąsiadki. Wkładał narty własnej roboty i jechał wycinać z siostrą suche świerki.
– Tak się nauczyłem wtedy szusować, że w 1950 roku zostałem wicemistrzem Dolnego Śląska w biegu na 18 km. Gdybym jeszcze zamiast zjazdówek założył biegówki…
W maju łamały się lody na rzece: – To był niesamowity widok. I huk. Ludzie nie szli do pracy w tajdze, tylko razem ze strażnikami całymi dniami to oglądali.
Gdy podpatrzył, jak rybacy łowią ryby, sam spróbował tej sztuki.
– Przed imieninami taty i siostry Janki, w czerwcu, udało mi się złapać w rzece ogromnego szczupaka – opowiada. – Siłowałem się z nim długi czas, aż wreszcie podpłynął pod powierzchnię i wtedy łupnąłem go wiosłem. Wciągnąłem do łódki i …zemdlałem. Na szczęście, gdy się ocknąłem, szczupak dalej był nieprzytomny. Niosłem go do naszego baraku za skrzela, a jego ogon wlókł się po ziemi. Porąbany zmieścił się dopiero do trzech wiader. Co to była za uczta!
Pod pokładem Puszkina
Po trzech i pół roku nadarzyła się okazja ucieczki.
– W bani, gdzie palił mój brat, często zażywał kąpieli kapitan statku pasażerskiego “Puszkin”, kursującego w górę Dźwiny do miejscowości Kotłasy. Za kilka butelek wódki zgodził się zabrać trzy rodziny, schowane pod pokładem. Zbieraliśmy jagody jak szaleni i wymienialiśmy na wódkę.
W Kotłasach radzieccy oficerowie dostrzegli w tobołach uciekinierów maszyny do szycia. Gdy dowiedzieli się, że kobiety potrafią je obsługiwać, zabrali uciekinierów do pobliskiej wioski, by tam naprawiali płaszcze wojskowe. Lepiej się żyło – Czesio zaopatrywał rodzinę w jedzenie, kradnąc z kołchozowych pól kartofle i kapustę.
– Kiedyś szedłem do piekarni, bo to był czas, kiedy rozwoziłem chleb. Dogonił mnie mój piesek Karuś, którego udało mi się zabrać do pociągu w tamtą noc. Szliśmy kawałek i spotkaliśmy wilka. Mój piesek przewrócił się na plecy. Wilk patrzył raz na mnie, raz na niego. Wreszcie capnął Karusia i uciekł do lasu. Szedłem i płakałem po stracie przyjaciela, ale cieszyłem się, że sam przeżyłem to spotkanie.

Do kraju

W lipcu 1944 roku rodzinę Szczyglewskich przewieziono do sowchozu pod Charków (dziś Ukraina), produkującego buraki cukrowe. W lutym, dwa lata później, przed specjalną komisją Szczyglewscy musieli udowodnić, że są Polakami. – Udało się tylko dzięki temu, że mama zachowała fragment potwierdzenia opłaty podatku gruntowego za rok 1938. Mało brakowało, a nie wypuściliby nas do Polski – wspomina sybirak.
Jechali znowu bydlęcymi wagonami, tym razem przez Kijów, Lwów, Przemyśl, Kraków, Wrocław do Szymbarku (teraz Sulików).
– Tam czekał na nas tata, który przeszedł z wojskiem polskim od Lenino do Berlina. Uciekł z Czerwonej Zorzy do polskiej armii, woląc w niej zginąć niż podczas tej nieludzkiej pracy w tajdze. Jako osadnik wojskowy dostał 15-hektarową działkę.
Jak to się stało, że cała rodzina przetrwała Syberię? Że nikt z nich nie zginął od mrozu i głodu?
– Dzięki Matce Boskiej, do której figury z Niepokalanowa codziennie się modliliśmy – mówi wzruszony Czesław Szczyglewski. – Jaka to ulga, że wreszcie można się przyznać, że było się na Syberii.

Tysiące powietrza
Józef Stalin 5 grudnia 1939 r. wydał ukaz, na mocy którego rozpoczęło się wysiedlanie Polaków z Kresów Wschodnich. Razem z rodzinami mieli opuścić dom ci, którzy byli niebezpieczni politycznie: osadnicy wojskowi, strażnicy graniczni, leśnicy, policjanci i właściciele ziemscy. Pierwszą akcję NKWD przeprowadziło 10 lutego 1940 r., kolejne w kwietniu, czerwcu i w czerwcu 1941 r. Rosyjscy historycy podają, że wywieziono 400–500 tys. ludzi. – Ale nie liczyli dzieci do 15. roku życia – zaznacza Szczyglewski. – Zatem ja dla nich byłem powietrzem.
Wywieziono ok. 2 mln ludzi. Powróciło do Polski ok. 100 tys. We Wrocławiu żyje 3 tys. sybiraków, na Dolnym Śląsku – około 13 tysięcy.

Nauczyciel i kolarz
Po wojnie skończył edukację w gimnazjum w Zgorzelcu. Maturę zrobił w 1952 roku w liceum komunikacyjnym we Wrocławiu. Potem była Wyższa Szkoła Wychowania Fizycznego. Pracował jako wuefista w IX LO przy ul. Skargi. Długie lata był sędzią kolarskim. Aktualnie jet wiceprezesem wrocławskiego oddziału Związku Sybiraków. Ma żonę Krystynę, dwóch synów: Krzysztofa, kardiochirurga w USA, i Wiesława – zegarmistrza, a także wnuków Krzysztofa i Pawła.

Autor artykułu: Anna Gabińska

Urzędnicy się nie palą

Saturday, February 19th, 2005

Z obywatelską wiedzą nie jest najlepiej

Rozmowa z rzecznikiem praw obywatelskich, prof. Andrzejem Zollem
* Od ubiegłego roku prowadzimy akcję “Masz prawo wiedzieć”, poświęconą dostępowi do informacji publicznej i urzędów. Jak Pan ocenia tę inicjatywę?
- To jedno z najważniejszych zadań w pracy mojego biura. Nie da się zbudować społeczeństwa obywatelskiego, jeśli panuje bezradność społeczna, a wielu obywateli pozostaje na marginesie życia społecznego. Trzeba wyedukować społeczeństwo, dziś słabo wykształcone, zarówno jeśli chodzi o poziom wiedzy szkolnej, jak i świadomości obywatelskiej.
Ważna jest też wiedza o podejmowanych decyzjach. A w Polsce wszystko jest postawione na głowie. Artykuł 61 konstytucji mówi o prawie dostępu obywatela do informacji publicznej. Od tej zasady mogą być wyjątki określone w ustawie. U nas jeszcze nie zostały ustalone procedury takiego dostępu, a już wprowadzono regulacje wyjątkowe – ustawę o ochronie informacji niejawnej, o ochronie danych osobowych. Później powstała ustawa o dostępie do informacji publicznej, ale w społecznej mentalności nie dokonała ona żadnego przełomu. Zwykli ludzie nie potrafią z niej korzystać, a urzędnicy nie palą się, żeby informacji udzielać. Szkoda, bo upublicznienie tego, co dzieje się w urzędzie, jest lepszym sposobem zwalczania patologii społecznej i korupcji niż zaostrzanie przepisów kodeksu karnego. Kładę na to nacisk w swojej działalności.
Cieszę się, że mam partnera w gazetach. To ważna akcja, bo nadal ludziom trudno jest wyegzekwować podstawowe prawa – dotrzymywanie terminów przez urzędy czy uzyskanie odpowiedzi.
* Jak można dyscyplinować urzędy?
– Skargi na przewlekłość w urzędach nie wystarczają. Obywatele obawiają się zwracać do sądu. Drogą do naprawy sytuacji jest zmiana mentalności urzędnika i uproszczenie procedury. Prawo do dobrej administracji to w Unii Europejskiej jedno z podstawowych praw. Rzecznik praw obywatelskich UE poprzedniej kadencji opracował kodeks dobrej administracji – 29 artykułów określających zakres obsługi (polski kodeks postępowania administracyjnego liczy blisko 300 artykułów). Europejskie przepisy są napisane zrozumiałym językiem, w przeciwieństwie do naszych ustaw.
Dwa lata temu ten dokument został przetłumaczony w moim biurze. Wystąpiłem do premiera, ażeby zalecił stosowanie go w polskiej administracji. Zalecenie wyszło z jego kancelarii. Teraz uczą się tego urzędnicy, ale przepisy nie obowiązują. A gdyby człowiek, który przyszedł do urzędu, dostał właściwą informację, to mogłoby do mnie wpływać nawet o połowę spraw mniej niż obecnie.
* A na co skarżą się ci, którzy zwracają się do pańskiego urzędu?
-– Ponad 20 proc. spraw dotyczy zaopatrzenia społecznego: zasiłków, bezrobocia, dostępu do ośrodków pomocy społecznej i ich funkcjonowania, zaopatrzenia emerytalnego. To jest wyraz olbrzymich obszarów polskiej biedy. Bardzo dużo skarg dotyczy spraw karnych. Rocznie dostaję ok. 3 tys. próśb o kasację, wnoszę ich zaledwie około 50, bo pozostałe sprawy to bezpodstawne próby obrony. Nie tak wiele jest spraw dotyczących podstawowych praw człowieka i wolności obywatelskich – wolności słowa, sumienia i wyznania. To raczej wyjątki. Natomiast ogólna liczba spraw rośnie. W 2003 r. było ich ok. 56 tys. W 2004 roku został pobity rekord – prawie 60 tys. skarg.
* Do jakich informacji najtrudniej jest się dostać zwykłemu obywatelowi?
– Właściwie do wszystkich. Urzędnik nie zawsze mówi wszystko, bo albo mu się nie chce, albo sam jest niedokształcony, albo chce być władzą. Zapomina, że ma być przewodnikiem obywatela w załatwieniu jego sprawy.
* Są informacje, które trzeba urzędom wyrywać z gardeł, są takie, które – niechciane – nieoczekiwanie spadają na nas. Tak stało się w przypadku tzw. listy Wildsteina. Pan skrytykował jej ujawnienie. Jak teraz wyobraża Pan sobie przebieg lustracji?
– Nie byłem przeciwnikiem lustracji. Moje krytycznie oświadczenie wynika z głębokiego zaniepokojenia sytuacją osób, które zostały na tej liście umieszczone. Lista, w tym kształcie, w jakim została przekazana, jest dezinformacją. Nie wchodzę w to, czy winę za to ponosi pan Wildstein czy ktoś inny.
Lista została odebrana tak, że osoby, które się na niej znalazły, jeśli nawet nie były agentami, to mają przyklejoną jakąś łątkę. Teraz, chcąc nie chcąc, muszą się zgłosić do Instytutu Pamięci Narodowej z prośbą o teczkę i zaświadczenie, że są osobami pokrzywdzonymi. Muszą to zrobić, żeby się oczyścić. Ale nawet jeśli uzyskają od Instytutu informację, że są osobami pokrzywdzonymi, co mają z nią zrobić? Iść do gazety? Do telewizji? Napisać to na tablicy gdzieś na wsi? Zwracając się do Instytutu, dostaną odpowiedź: „w znaczeniu ustawy nie jest pan pokrzywdzony”. Identyczną dostaje agent. Nie mają więc możliwości oczyszczenia się.
Już wcześniej zaskarżyłem do sądu administracyjnego taki tryb udzielania informacji przez Instytut. Przegrałem. Wystąpiłem też do Trybunału Konstytucyjnego, kwestionując ten przepis. Uważam, że musi tu być zróżnicowanie informacji.
* A może IPN powinien teraz ujawnić doprecyzowane dane?
– Ale Instytut dostał od rządu na przyspieszenie procesu lustracyjnego dodatkowe dwa miliony złotych. To jest kropla w morzu! Trzeba rozbudować urząd rzecznika interesu publicznego, rozbudować sądownictwo lustracyjne i Instytut. Proszę sobie wyobrazić, jakie to są koszty! Nikt nie był upoważniony do tego, żeby wiele osób narazić na utratę dobrego imienia.

Jawność przede wszystkim
Rozmowę z rzecznikiem praw obywatelskich przeprowadzili 9 lutego w Warszawie dziennikarze z redakcji gazet Grupy Wydawniczej Polskapresse, w ramach akcji “Masz prawo wiedzieć”.

Autor artykułu: Barbara Chabior

Czekając na lepsze dni

Friday, February 18th, 2005

SIATKÓWKA Zapomniały o Stali, myślą o Winiarach

Ostatnia porażka ze Stalą Bielsko-Biała miała psychiczne tło, bo fizycznie dobrze byłyśmy przygotowane do spotkania. Mistrzynie Polski zagrały naprawdę bardzo dobre spotkanie, a my nie mogłyśmy się przełamać i bałyśmy się atakować – twierdzi Anna Barańska, która za ten atak w dużej mierze jest w zespole odpowiedzialna. Spotkanie ze Stalą poszło już jednak w niepamięć, a uwagę trzeba teraz skupić na sobotnim rywalu – Winiarach Kalisz i jego słabych stronach, których wiele niestety nie ma.
– Po meczu z Bielskiem miałyśmy odprawę z trenerem i myślę, że wewnętrznie nam to pomogło. Walkę można podjąć z każdym, ale w Kaliszu musimy wyjść mocno skoncentrowane. Czekamy na swój dzień – dodaje przyjmująca Gwardii.
Wrocławianki mają już niewielkie szanse na zajęcie czwartego miejsca po rundzie zasadniczej, ale też nie grozi im spadek na miejsce szóste. W pierwszej rundzie play off winny więc trafić na Stal. Do zakończenia fazy zasadniczej pozostały jeszcze trzy kolejki. W sobotę gwardzistki staną naprzeciw ekipy Alojzego Świderka (najpewniej przyszłego asystenta trenera męskiej reprezentacji – Raula Lozano), a później czekają je jeszcze mecze z KPSK Mielec (dom) i Naftą Piła (wyjazd).

Autor artykułu: (WoK)

Hans będzie kręcił

Friday, February 18th, 2005

Hans Andersen to pierwszy żużlowiec WTS-u, który wyjedzie w tym sezonie na tor. Już w niedzielę 25-letni Duńczyk wybiera się z reprezentacją Danii do Włoch, gdzie zamierza kręcić treningowe kółka na torach w Lonigo i Castelatto. Towarzyszyć mu będą mistrz świata z 2003 roku, obcokrajowiec ZKŻ-u Zielona Góra Nicki Pedersen, a także: Bjarne Pedersen, Kenneth Bjerre, Charlie Gjedde, Niels-Kristian Iversen, Jesper B. Jensen, Morten Risager, Mads Korneliusen i Henrik Moller.
Pozostali atlasowcy będą czekać aż stopnieją śniegi w kraju. Poza Robertem Miśkowiakiem, który na początku marca wybiera się już do Anglii.

Autor artykułu: (WOK)

Każdy dzień jest świętem

Friday, February 18th, 2005

Na spotkania z Kamilem Durczokiem przychodzą tysiące ludzi.
Pokonał przecież chorobę, wciąż przez wielu uważaną
za śmiertelną, pokazał, że nie należy się jej wstydzić.
Dał nadzieję innym

Czasem mam wrażenie, że jeżdżę po kraju z uzdrowicielem. Nie takim, który leczy dotykiem, ale takim, który pokazał, jako osoba znana z telewizji, że nie trzeba się wstydzić ciężkiej choroby, tylko z nią walczyć – opowiada Piotr Mucharski, który napisał wywiad rzekę z telewizyjnym dziennikarzem Kamilem Durczokiem. Tak powstała książka „Wygrać życie”.
– Niektórzy ludzie próbują traktować mnie jak lekarza. A ja nie jestem autorytetem od walki z nowotworem. Opowiadam tylko, jak udało mi się ułożyć relacje z lekarzami, a jestem trudnym pacjentem; z rodziną, w pracy. Podpowiadam, jak zachować się w trudnym okresie terapii. Mówię: „Mnie się udało, wy też możecie sobie poradzić” – wyjaśnia Durczok.

Przeciw mitom – zabójcom
– Nasza książka jest przeciw. Przeciw stereotypom i mitom, które zabijają w Polsce tysiące ludzi. Na Zachodzie z raka leczy się dwie trzecie chorych, u nas jedną trzecią. I nie dlatego, że mamy gorszą służbę zdrowia. Tylko dlatego, że za późno idziemy do lekarza. Lekceważymy objawy, bo nam coś takiego nie może się przytrafić, albo poddajemy się, bo przecież rak to i tak wyrok. A to nieprawda! – mówi Piotr Mucharski, publicysta „Tygodnika Powszechnego”, autor programu „Rozmowy na czasie” w TVP 1.
– Informacja o chorobie Kamila była szokiem. Nie dowierzałam. Coś takiego dotyka innych, nie nas. Myślałam: przecież oboje jesteśmy z mężem jeszcze młodzi, mamy małe dziecko. Cieszymy się pełnią życia. Jeździmy na nartach, uprawiamy inne sporty. Spełniamy się w pracy. A tu grom z jasnego nieba. Ale nie rozpatrywałam tego w kategorii, że to niesprawiedliwe. Jaka choroba jest sprawiedliwa? – pyta Marianna Durczok, też dziennikarka.
Durczok, który w szpitalu grał twardziela, w domu czasem odreagowywał. Wtedy… rzucał widelcami.
– Rzucał nimi przed siebie. Był wtedy pogrążony we własnym świecie. Może wówczas w myślach pytał: dlaczego ja? Gdy boli wszystko, mamy złość do każdego, że czegokolwiek od nas chce – mówi Marianna.
– Myślę jednak, że nie nadużyłem cierpliwości najbliższych, mieściło się to w normie – szybko dodaje Kamil.

Łysy na wizji
Po chemioterapii Durczokowi wypadły włosy. Cały czas wierzył, że kiedyś odrosną. Dziś widzimy w telewizji, że odrosły, ale wtedy prowadził „Wiadomości” łysy i wychudzony. Niektórzy mówili, że przegrał zakład o Małysza i musiał ogolić głowę, spekulacje i plotki były coraz nieznośniejsze. W szpitalu widział wokół siebie ludzi zrezygnowanych. Grał więc dzielnego, żeby dodać im wiary i otuchy. M.in. z tych powodów nagrał krótkie oświadczenie, że jest chory na raka i mocno wierzy, iż wróci do zdrowia. Poszło w sobotnich „Wiadomościach”.
– To było trudne. Nie chciałem tego czytać na wizji na żywo, bo bałem się, że siądzie mi głos. A potem redakcja została zasypana ponad 10 tysiącami listów wspierających mnie na duchu, ludzie zapchali mi telefon esemesami, skrzynka e-mailowa pękała w szwach – opowiada Durczok.

„Był też list od dziewczyny, której matka po agresywnej chemioterapii miesiącami nie chciała wychodzić z domu, i w tamtą niedzielę po raz pierwszy poszły razem na spacer.
Albo ktoś odmawiał zgody na operację i nagle zmienił zdanie”

O (nie)sławnej wypowiedzi Alicji Resich-Modlińskiej, której nie podobały się łyse głowy Durczoka i Marcina Pawłowskiego z TVN, nie chce rozmawiać. Zapewnia tylko, że nikt w telewizji nie zamierzał w tamtym okresie odsuwać go od występów przed kamerami, nikt nie szukał okazji, by „sczyścić Durczoka”.
Za to syn Kamil bał się łysego ojca, chował po kątach, aż wreszcie przytulił się i powiedział:

„Wiesz, tato, muszę się do ciebie przyzwyczaić. (…) Wcześniej bałem się okazywać uczucia mojemu dziecku, miałem syndrom weekendowego ojca. (…) Dzisiaj to wszystko się zmieniło, choć on sam nie zdaje sobie sprawy z powodów tej odmiany”

Fruwa po niebie
– Czy Kamil po chorobie się zmienił? Dzięki Bogu, jest taki sam jak wtedy, gdy za niego wychodziłam. Kocham go. Jest inteligentny, zawsze pilnie przygotowuje się do pracy. Może teraz żyje jeszcze bardziej zachłannie, jeszcze więcej jeździ na nartach… Ja też to lubię, więc szusujemy razem w Szczyrku. Zrobił nawet licencję pilota i lata samolotem – mówi Marianna Durczok.
Zapytana, co to za życie rodzinne, skoro mieszkają na co dzień w Katowicach, a mąż często wyjeżdża do Warszawy, by przygotowywać i prowadzić „Wiadomości”, odpowiada:
– Przyzwyczailiśmy się do takiego trybu życia. W tygodniu jesteśmy ze sobą przez cztery dni od rana do wieczora. I każdy taki dzień jest naszym świętem. Coś razem wymyślamy i planujemy, nie tak jak ludzie, którzy codziennie widują się dopiero po godzinie 17, gdy umęczeni wracają z pracy.
– Rodzina dodawała mi sił do walki z chorobą i nastawiała na myślenie, że mogę i powinienem wrócić do zdrowia i normalnego życia. To był dla mnie największy bodziec. I nie jest tak, że się zmieniłem po chorobie, że patrzę na świat zupełnie inaczej. Owszem, mam większy dystans do rzeczywistości, więcej luzu, ale są sprawy, które mnie bardziej denerwują niż kiedyś – mówi Kamil.
Podpowiedzieliśmy mu, że jest teraz na wizji jakby mniej drapieżnym dziennikarzem. – Nie sądzę, bym stał się łagodniejszy. Po prostu kiedyś zajmowałem się bardziej politycznymi tematami, teraz prowadzę w TV debaty społeczne – odparł.
Z rękopisu książki, jak powiedział nam Piotr Mucharski, Durczok wykreślił kilka fragmentów zbyt intymnych, zbyt prywatnych. W rozmowie z nami też uciekał od bardziej szczegółowych pytań o rodzinę: – Z racji wykonywanego zawodu moja prywatność jest ograniczona. Więc nie zabierajcie mi jej do końca. Nie powiem, jakie mam marzenia, plany.
Nie chciał nawet ujawnić, jakim samochodem jeździ. A wiemy, że to lubi. Przecież przygotowywał się do rajdu Paryż – Dakar. Dla treningu wdrapywał się z żoną na skałki. I być może wtedy uderzył się i na plecach wyskoczył mu krwiak…
– Nadal biegam, jeżdżę na rowerze, tylko po operacji nie zagram już w tenisa – zdradza Durczok.

Strach w oczach
– Największym wstrząsem przy pisaniu tej książki była dla mnie informacja, że rak, wydawałoby się już wyleczony, może znów zaatakować. I to jeszcze bardziej brutalnie. To właśnie spotkało śp. Marcina Pawłowskiego. Byłem z Durczokiem na kontrolnym badaniu i prof. Bogusław Maciejewski z Centrum Onkologii w Gliwicach, który go leczył, powiedział mi: „Takie badanie to trauma dla chorego, spójrz w oczy Kamila”. Spojrzałem. Był w nich strach. Jakże te oczy się zmieniły, gdy okazało się, że wszystko jest w porządku – opowiada Mucharski.
– Nie da się tego wymazać z pamięci. Ale i nie chcę, bo te tłumy, które przychodzą na spotkania ze mną i listy potwierdzają, że ludzie potrzebują otuchy i nadziei. Że to, co robię, ma sens. Także ta książka – mówi Kamil Durczok. On wygrał.
(cytaty z książki „Wygrać życie”)

Kamil Durczok
Ur. w 1968 w Katowicach, popularny dziennikarz telewizyjny, żonaty od 10 lat z Marianną (dziennikarką TVP Katowice), 8-letni syn Kamil. Wspólnie z lekarzami z Centrum Onkologii w Gliwicach pokonał ciężką chorobę – nowotwór złośliwy. Złamał tabu i publicznie ogłosił w telewizji, że jest chory. Wspólnie z Piorem Mucharskim jest autorem książki „Wygrać życie”, wydanej przez Znak.

Autor artykułu: Bartłomiej Czekański

A dzieckiem zaopiekuje się bankier

Thursday, February 17th, 2005

Nie ma w nim lokat, ani korzystnych odsetek. Można jednak zaoszczędzić – na czasie – tak działa bank czasu

Każdy przecież coś potrafi, ale z umiejętności kogoś innego też chętnie by skorzystał. Studentki zaopiekują się dziećmi, w tym czasie gospodynie domowe upieką dla nich ciasto, a emeryci przyprowadzą gospodyniom dzieci ze szkoły. Bank czasu to grupa ludzi, którzy chcą nawzajem świadczyć sobie usługi.
Założyła go Jadwiga Magnuszewska, mama 5 letniej Marty i 3 letniego Łukasza. Pomysł podpatrzył jej mąż, kiedy surfował po Internecie, bo tam właśnie działa bank. A ponieważ pani Jadwiga akurat nie pracowała, pomyślała czemu nie. – Każdy chciałby pomóc drugiemu, trudniej jest samemu prosić o pomoc – mówi wrocławianka. – Nasza inicjatywa to doskonały sposób na budowanie lokalnej społeczności i integrację. Tylko że we Wrocławiu, to jeszcze tak nie funkcjonuje, bo jesteśmy rozproszeni po całym mieście – dodaje.
Katalog potrzeb jest spory: naprawy rowerów, konwersacje z j. angielskiego, opieka nad domem, wizyta w nagłej potrzebie, wspólna przejażdżka i wyjścia na zajęcia rehabilitacyjne, przyjacielskie telefony, itd. Oferowanych umiejętności również jest dużo: czytanie na głos, chęć zrobienia zakupów, gram w Scrable lub w szachy, uczenie map mózgu, czy pomoc w wypełnianiu formularzy. – Tak to funkcjonuje we wszystkich miastach w Polsce, w których pomysł chwycił – relacjonuje Pani Jadwiga.
Jeżeli udzielamy pomocy członkowi banku czasu, to każda godzina naszej pracy jest zapisywana na osobistym koncie “ma”. Każda godzina przyjętej od kogoś pomocy ląduje w rubryce “winien”. Do tej wymiany nie są potrzebne pieniądze, gdyż w banku czasu za nic się nie płaci.- Nawet za wynajmowanie sali na nasze spotkania nie wykładamy gotówki, tylko odpłacamy się korepetycjami dla dzieci z sąsiedniej świetlicy środowiskowej – opowiada koordynatorka.
Dziś, po pięciu miesiącach działalności, do banku czasu należy ponad dwadzieścia osób różnych specjalności: psycholog, matematyk, plastyk, uczniowie i emeryci.

Czwartkowe spotkania
Członkowie banku czasu spotykają się w każdy pierwszy czwartek miesiąca – najbliższe spotkanie 3 marca, o godz. 17.30 – w salce domu parafialnego przy kościele św. Maurycego (ul. Traugutta 34). Ponadto w każdy czwartek w godz. 16-18 są dyżury klubowiczów. Więcej informacji można znaleźć pod adresem www.bankiczasu.eco.pl

Autor artykułu: Elżbieta Guzowska

Nie wierzy w Ahonena

Thursday, February 17th, 2005

NARCIARSTWO KLASYCZNE Trener Finów stawia na… Małysza

Silny wiatr, dochodzący do 6 m/s, uniemożliwił przeprowadzenie wczoraj pierwszego treningu skoczków na obiekcie K-90 przed sobotnim konkursem indywidualnym MŚ w Oberstdorfie. Może dziś o godz. 16 aura będzie łaskawsza. Tymczasem trwają spekulacje, kto ma największe szanse na złoty medal.
- Na K-90 są to Hoellwarth, Morgenstern, Ljoekelsoy i oczywiście Małysz. Ta czwórka plus Ahonen i Hautamaeki jest bardzo równa i mogą zadecydować noty za styl. W tej sytuacji większe szanse na zwycięstwo dawałbym Austriakom, stracić mogą tu Małysz i Ahonen. Ale na dużej skoczni wygra Małysz. Nie chodzi tu o żadną kurtuazję. Wygra, bo na takich obiektach jest teraz najlepszy i nawet Janne nie będzie mógł nawiązać z nim walki – zaskakująco stwierdził trener Ahonena, Tommi Nikunen. Gra psychologiczna czy efekt ostatnich obserwacji?

Polacy na mistrzostwach świata
17.02 (czwartek): bieg kobiet na 10 km techniką dowolną – godz. 12.30 (Justyna Kowalczyk), bieg mężczyzn na 15 km techniką dowolną – godz. 15 (Janusz Krężelok, Maciej Kreczmer).
19.02 (sobota): bieg kobiet na dochodzenie, godz. 12.30- Kowalczyk; indywidualny konkurs skoków (K-90), godz. 16 (Małysz, Mateja, Rutkowski, Stoch, Bachleda).
20.02 (niedziela): drużynowy konkurs skoków (K-90), godz. 14.30.
22.02 (wtorek): biegi, eliminacje sprintu K i M (Kowalczyk, Kreczmer, Krężelok) – godz. 10, finały – godz. 12.30.
25.02 (piątek): biegi – sprint drużynowy K i M (Kreczmer, Krężelok) – godz. 12.30, indywidualny konkurs skoków (K-120) – godz. 17.
26.02 (sobota): bieg K na 30 km techniką klasyczną (Kowalczyk) – godz. 12.30, drużynowy konkurs skoków (K-120) – godz. 16.

Autor artykułu: (WoK)

Bez kulinarnych szaleństw

Thursday, February 17th, 2005

Piłkarze Zagłębia trenują dwa razy dziennie, a po południu chodzą do szkoły

Morze, zielona trawa, temperatury w okolicach 15 stopni. W takich warunkach w tureckim Side ładują akumulatory gracze Zagłębia przed rundą wiosenną.
- Nie oszczędzmay się. O godz. 8 mamy śniadanie, półtorej godziny później pierwszy trening. O godz. 13 obiad, następnie lekcje z taktyki i o godz. 16.30 drugi trening. Po nim czeka nas odnowa biologiczna. O godz. 19 schodzimy na kolację. Stoły aż uginają się do smakołyków, ale trener Besek zalecił nam, abyśmy nie szaleli. Staramy się zatem sięgać po potrawy europejskie, dobrze nam znane. Unikamy zatem owoców morza i typowych tureckich przysmaków, jak na przykład rachatłukum. To ciasto zrobione na cukrze i wodzie, obsypane cukrem pudrem. Niestety, woda w morzu jest zimna, więc raczej z kąpieli nie skorzystamy – wyjaśnił nam Tomasz Salamoński, pomocnik lubinian.
Lubinianie w ośrodku Blue Waters w side będą przebywać do 27 lutego. Tego dnia planowany jest powrót do Warszawy.
- Mamy rozegrać kilka sparingów. Pierwszy dziś albo jutro z jedną z przebywających tutaj drużyn ukraińskich – dodał Tomasz Salamoński.
Sezon w Polsce podopieczni drażena Beseka zaczną już 5 marca. Wtedy to w Pucharze Polski zmierzą się u siebie z KSZO Ostrowiec (godz. 18).

Autor artykułu: (im)

Oława. Narkotyków nie było

Tuesday, February 15th, 2005

Oława /
Manta i Mamut, dwa policyjne psy, pomagały mundurowym w poszukiwaniu narkotyków w plecakach oławskich gimnazjalistów.
Mantę bardzo zaniepokoiły zapachy docierające z jednej z toreb. To dla policjantów znak, że w środku uczeń mógł ukryć narkotyki. Po przeszukaniu okazało się jednak, że młodzieniec ich nie miał. Policja znalazła za to zestaw leków. Chłopak jest astmatykiem.
– Takie sytuacje się zdarzają. Zapachy leków i narkotyków są bardzo podobne – tłumaczą policjanci.
Psy podjęły trop jeszcze w kilku innych przypadkach. Przy uczniach policjanci nie znaleźli jednak narkotyków. – Zapach marihuany zwierzę jest w stanie wyczuć nawet po trzech tygodniach. Niewykluczone, że część osób miała do czynienia z narkotykami jakiś czas temu. Ale dowodów na to nie mamy – tłumaczą mundurowi.
Policjanci z Oławy i Wrocławia sprawdzali zawartość plecaków uczniów wybranych klas z dwóch oławskich gimnazjów i szkoły średniej w Jakubowicach. Wybrali je losowo. – To inicjatywa dyrektorów szkół i rady rodziców – mówi Edmund Koziarski z komendy policji. – Termin naszej wizyty był tajemnicą. Znali go tylko dyrektorzy – zapewnia.

Autor artykułu: (MIG)